Zakłócenia mocy napisana przez Sigard Sehzanget...
"To, co było jeszcze nie tak dawno plotką, stało się faktem. Magia zaczęła się psuć.
Pierwsze symptomy choroby były dość niepozorne. Tu i ówdzie jakieś zaklęcie nie wyszło tak, jak wyjść miało. Na dalekim południu mistykowi czar wybuchł prosto w twarz, podczas gdy na wschodzie, miast uleczyć, wywołał drobne oparzenia.
Przypadki zaczęły się mnożyć jak grzyby po deszczu. Każdego dnia zbierano raporty i wieści z wszystkich zakątków Kann. Sztuka, początkowo delikatnie, z dnia na dzień coraz mocniej, dawała się magom we znaki. A co było najgorsze, to brak rozpoznanej przyczyny.
I trwało to do dni ostatnich, gdy wszystko poczęło się walić.
Wystarczyło, że mistrz zapragnął pokazać studentom autorskie zaklęcie, nad którym pracował od wielu miesięcy. Wybrał miejsce ustronne, daleko od ludzkich siedzib, skoncentrował się i uczynił wszystko, co należało. W tej samej chwili zamienił się w żywą pochodnię, a ziemia w dużej odeń odległości pokryła się martwymi roślinami i owadami.
Wystarczyło, że znany mag z południa, wielce poważany i szanowany, wlać chciał w miecz moc wiecznego płomienia. Szepcząc słowa i posypując ostrze drogimi składnikami uważnie kontrolował poziom energii w pomieszczeniu. Nic mu to jednak nie dało - eksplodował wraz ze swym domostwem, wywołując pożar całej dzielnicy.
Nikt nie wiedział, co się dzieje, dlaczego nagle silna magia wymyka się spod kontroli. Tworzenie małych płomyków, powtarzane stokrotnie, nie powodowało negatywnych efektów. Ale wystarczyło, że ktoś sięgnął kilka stopni wyżej, a kończył rozwleczony po korytarzu. Albo i gorzej.
Władcy nie czekali. Wielka Rada również. Natychmiast wydano dekrety ograniczające bądź zabraniające magom działalności, do czasu wyjaśnienia przyczyn i usunięcia ich. Kolejne pracownie były zamykane a licencje blokowane na czas nieokreślony.
To wystarczyło, by prości ludzie zaczęli patrzeć z wielką nieufnością na mistyków. Zaistniało ryzyko, że gniew ich obróci się przeciw adeptom Sztuki.
W północnym Kann do podobnych wypadków nie doszło. Jeszcze.
Zmieniona dnia 2010-03-01 23:32 przez Sigard Sehzanget".
Wszędzie po trochu napisana przez Sigard Sehzanget...
"Świat płonął. W zasadzie to tylko jego niewielki fragment, a właściwie fragmenty, do tego znacznie od siebie oddalone. I nie tak mocnym ogniem, jakby mogło się wydawać. Niemniej i tak było ciekawie.
Na zachodzie trwały zmagania pod Orpas. Siły istoty, znanej jako Nieukończony opanowały miasto, prowadząc z niego działania przeciw siłom Dominium. Wojska Zakonu Czcigodnych Rycerzy z Valuncay, Legiony i jednostki pomocnicze koncentrowały się w okolicach miasta, by na rozkaz Królowej zaatakować i pokonać agresora.
Zajęta tak dalekimi sprawami Pani nie dostrzegła, że wschodnia granica jej domeny została zamknięta. Linia Andrilla, pas umocnień, odgradzający Pogranicze od Dominium, zatrzasnął swe bramy przed podróżnymi. Powód? Nieznany.
Bardziej na wschód, na terenie dawnego Królestwa Cerelain trwałą akcja pacyfikacyjna. Wojska Cesarstwa Adun, stojące pod ruinami Hedinsey szykowały się do odbicia i oczyszczenia miasta, podczas gdy z południa powoli nadciągało wsparcie z Dominium. Wynik walk wciąż był niepewny, tak jak i zagrożenia, na jakie natrafić mieli walczący.
Na Rozlewiskach Szmaragdowych Wód, niemal w centrum Cesarstwa Adun przebudziła się starożytna wampirzyca. Jedna z niewielu, jakie ocalały z czasów przed I Erą Cerelain. Teraz knuła przeciwko żywym, przywołując dusze zmarłych i nakazując ciałom powstać z grobów.
Jednocześnie w Trill, niegdyś pięknym porcie, zniszczonym i spaczonym przez demony, przebudziła się Brama. Po zwiedzeniu kapłanki Nes'ye istoty Tartarii powróciły, obejmując spustoszone ruiny w posiadanie i gromadząc siły do starcia ze śmiertelnikami.
Ich postępek nie spodobał się bóstwom. Te, które miłują pokój poczęły zbierać wyznawców, w celu pokrzyżowania planów piekielnym istotom. Potęgi określane mianem złych nie zamierzały jednak patrzeć na to spokojnie i również szukały wiernych, gotowych sabotować plany przeciwników.
Gdzieś na tle tego wszystkiego toczyła się wojna sojuszników z Al-Basarą, na dalekim, pustynnym południu. Bledła jednak w porównaniu do tego, co działo się na północy. Po karczmach i zajazdach od dawna mówiło się, że krew się poleje i płynąć będzie wartką rzeką. Jakoś bardzo się nie mylono.
Zmieniona dnia 2010-02-11 00:41 przez Sigard Sehzanget".
" ...Póki śmierć nas nie rozdzieli" napisana przez Xabe A. Ha`ari...
"Niewolnicy i służba pod czujnym okiem Odźwiernej od kilkunastu dni przygotowywali salę tronową, komnatę balową oraz kilkanaście innych, mniejszych i większych pomieszczeń Domu Pani. Rozstawiano stoły i krzesła, polerowano zastawę, gotowano jadło. Podłoga od nadmiaru czystości wydawała się wyremontowana, nie zaś starannie umyta. Muzycy stroili instrumenty, szykowano również pokoje dla przybyłych z dalekich, czasem aż nazbyt dalekich stron gości.
Powód takich zachowań był prosty.
Zgodnie z warunkami sojuszu zawartego pomiędzy Dominium Pani a Cesarstwem Adun Christian von Vogel, wybraniec Pani oraz Namiestnik Cesarski Xabe Ha'Ari mieli stać się symbolem jedności pomiędzy skłóconymi częściami północy, bez ustanku wojującymi między sobą o tereny pograniczne, oraz większe wpływy w kraju przeciwnym. Wielu było takich, którzy nie rozumieli decyzji Namiestnik, jak i tych, którzy nie zgadzali się z wolą Kroczącej w Ciemnościach. Przepaść wszakże pomiędzy tymi dwoma krainami była zbyt wielka, aby mógł ją złączyć jeden dokument, czy poświęcenie dwóch istot, będących jedynie kroplami w ogromie morza istnień tworzących odrębne kultury i cywilizacje.
Wiekowi Talani o korzeniach typowo aduńskich wciąż z dozą swoistego dystansu spoglądali na kwestie sojuszu. To do nich przyłączyły się dawne nacje talanich z Cerelain, to od nich tamci przyjęli obyczaje oraz pewne wartości, które teraz na każdym kroku nazywane były poprzez krótkowiecznych „nietolerancją” tudzież „rasizmem”. Lecz dla nich liczyła się już tylko długowieczność oraz czystość krwi, niezakłócająca tej odwiecznej harmonii i równowagi. Z drugiej zaś strony tam, na Zachodzie, pocieszenia szukano w ramionach pozbawionej wzroku Matki, Królowej a zarazem bogini, dającej ukojenie swym wiernym dzieciom. Im również nie zależało na tym co stanie się ze wschodem i tamtejszymi Elfami.
Lecz słowo się rzekło i należało je zaakceptować.
Po sześciu tygodniach od podpisania porozumienia, przyszedł ostatni tydzień na przygotowania. Ceremonia zaślubin, jeden z istotnych elementów sojusz, miała odbyć się w Domu Pani, w siedzibie Szlachetnego Domu Bracardów. Pałac więc zaczęto przygotowywać na tę okoliczność. Sprawę niepokojów, jakie nawiedziły Dominium postanowiono na czas ślubu odłożyć na bok.
Sala tronowa, miejsce, w którym przypieczętowany zostanie świeży sojusz było długim pomieszczeniem, oświetlanym przez światło padające przez dziesiątki witraży. Wnikliwi obserwatorzy mogli z ich pomocą poznać całą historię Dominium. Rzędy kolumn prowadziły od drzwi, przy których stała para Ślepych Rycerzy, aż do tronu Kroczącej. Między nimi rozciągnięto czerwony dywan, wyszywany w złote wzory. To właśnie na nim postawiono dziesiątki krzeseł przeznaczonych dla gości. Służba, ochrona i wszyscy ci, którzy być w zamku po prostu musieli znaleźli dla siebie miejsce za kolumnami, zdobionymi proporcami obu części dawnej monarchii Cerelain. W powietrzu roznosiła się woń kadzideł, mięty, lawendy i wanilii, zmieszanych w taki sposób, iż razem dawały delikatny, przyjemny dla nozdrzy zapach.
Uroczystość miała zostać zwieńczona nutą tajemniczości, obwieszczono bowiem istotom zaproszonym, by przygotowały maski na swe lica. Maskarada, zaplanowana zarówno na ślub, jak i wesele ( państwo młodzi, chociaż rozpoznawalni, również mieli wziąć w niej udział ) miała stać się symbolem swoistej równości pomiędzy oboma krajami, stającymi się poniekąd jednością, gdzie rasa nie miała już większego znaczenia, bądź schodziła na dalszy plan w wszelakich relacjach.
Goście zaczęli przybywać. Mijali wpierw obozowisko, rozstawione dla służby, pospólstwa, najemników oraz wszystkich tych, którzy nie dostali zaproszenia osobistego lecz chcieli wziąć udział w zabawie. Ich bezpieczeństwa strzegli Legioniści, będąc jednocześnie gośćmi i siłami porządkowymi.
Każdego, kto posiadał imienne zaproszenie, odsyłano bezpośrednio do komnaty tronowej i wskazywano miejsce po stronie pani młodej bądź pana młodego. Dla gości z zagranicy przygotowano stojące nieco obok krzesła, co by podkreślić ich pozycję oraz rolę w całym przedsięwzięciu.
Widać było, że Królowa traktuje sprawę poważnie, licznie bowiem rozstawiono Ślepych Rycerzy, magów Zgromadzenia i przedstawicieli rozlicznych, rycerskich zakonów Dominium. Najwyższa Kapłanka Elyana do spółki z Odźwierną Nyveh były widoczne wszędzie i zawsze wtedy, gdy ich rada bądź pomoc były potrzebne.
Wszystko było gotowe. Brakowało już tylko, by goście, państwo młodzi oraz prowadzący ceremonię zgromadzili się przed tronem Pani. ".